Czy social mediom można jeszcze ufać?

Dziesięć lat temu byłam zafascynowana mediami społecznościowymi, ich szerokimi możliwościami w zakresie prowadzenia komunikacji marketingowej czy demokratycznej debaty. Teraz, poza pozytywami, które nadal bardzo cenię, widzę też i ich ciemne strony: powstawanie baniek filtrujących, manipulację internautami, trolling, bezwartościowe treści czy wyłudzenia danych. I sporo we mnie zwątpienia.

Uderzenie z bańki

Rozemocjonowane wpisy publicystów podgrzewają dyskusję w internecie. Uczestnicy tej dyskusji łudzą się, że ich znajomi może dzięki temu zmienią zdanie. Tymczasem zapominają o jednej rzeczy. Algorytmy mediów społecznościowych tak sortują treści, że widzimy treści podobne do tych, które nas wcześniej angażowały. Te, które lubiśmy, komentowaliśmy, itp. To powoduje, że jesteśmy otoczeni treściami pasującymi do naszego światopoglądu. Zjawisko to badacze nazwali „bańką filtrującą” lub „komorą pogłosową”. Nie widzimy tego, co jest inne. Nie możemy dyskutować z tymi, którzy myślą inaczej. Nie możemy wypracować wspólnych wartości i zgody, tak potrzebnych w demokratycznym procesie. W efekcie budujemy coraz wyższe okopy i barykady i zza nich prowadzimy dalszy ostrzał. Pisze o tym zresztą autor ostatnio przetłumaczonej książki “Anti-social media”.

Wkurz ich, a udostępnią

Algorytmy powodują też, że widzimy to, co angażuje naszych znajomych. Treści, które są przez nich masowo udostępniane, komentowane czy na które reagują. To głównie sprawy budzące emocje. Jak napisał Ryan Holiday w książce “Zaufaj mi, jestem kłamcą”, stosowaną przez niego metodą promocji było wkurzenie aktywistów z grup o przeciwstawnych poglądach lub blogerów. Wysyłał do nich anonimowe maile informujące o jakimś zjawisku. I mógł liczyć na darmową promocję przygotowaną przez “oburzonych”. Co więcej, jako ekspert ds. promocji, sfingował protesty przeciwko filmowi …. To wywołało dyskusję w mediach społecznościowych i zwiększyło zainteresowanie produkcją. Emocje powodują, że przestajemy myśleć. Dzielimy się treścią bez świadomości, że działamy na rzecz tego, kto nas wkurzył. Ile osób, które udostępniają wpisy kontrowersyjnej posłanki (wszyscy wiemy, której), choć raz pomyślało o tym, że promują tę panią?

A troll siedzi i zawija

Kolejnym problemem jest anonimowość mediów społecznościowych. Mogę założyć fałszywe konto pod fałszywym nazwiskiem lub nic nie mówiącymi nickiem i udawać kogoś, kim nie jestem, aby stymulować sztuczną debatę. Przedstawiciele firm szybko zauważyli taką możliwość. Pracując jako analityk w firmie specjalizującej się w analizach mediów społecznościowych spotykałam się z przykładami szeptanki. Rządy niektórych państw także odkryły, że zalety tych platform w realizacji celów politycznych. Rosjanie znani są z działalności firmy Internet Research Agency, która zatrudnia całą armię dyskutantów posługującą się językami innych państw. Za ich pomocą antagonizuje się uczestników sporu, wzmacnia się podziały i ekstremizmy aby osłabić pozycję danego państwa na arenie międzynarodowej. W związku z tym nigdy nie wiemy, czy dyskutant, z którym prowadzimy debatę, jest faktycznie tym, za kogo się podaje. I czy celowo nie próbuje nas skłócić z innymi.

Bezwartościowe treści

Kiedy dostaliśmy do rąk to wspaniałe narzędzie, jakim są platformy społecznościowe, marzyliśmy o lepszym świecie. O niczym nieskrępowanej demokratycznej debacie. Tylko, że w miarę, jak platformy społecznościowe rozszerzały swoje widownię, widownie stały się też bardziej różnorodne. Trafiły na nie także osoby, które nie potrafią składnie napisać ani jednego zdania, które posługują się wyzwiskami, bo jest to ich naturalny język w domu, ale też i takie, które mają nieustanną potrzebę informowania o swoim życiu. Z drugiej strony – nie ma też szczególnie dużego zapotrzebowania na treści szczególnie mądre i wartościowe. Z moich własnych obserwacji wynika, że najbardziej lubianymi treściami są selfie (za którymi z kolei ja nie przepadam), tutaj liczba polubień jest największa. Niektórzy dodaliby do tej listy jeszcze zdjęcia kotów, jedzenia i siłowni. Co więcej – treść, która bezlitośnie pokazuje nasz brak jakiejś umiejętności, też ma szansę szczególnie dobrze się ponieść. Pokazuje to przypadek dwóch “śpiewających” sióstr.

Treści nieprawdziwe

Kolejny problem z mediami społecznościowymi to nieprawdziwe treści. Rozemocjonowani internauci, zamiast zweryfikować materiał, który zobaczyli na tablicy swojego znajomego, nie weryfikują go. Wciskają przycisk “udostępnij”, bo przecież muszą być pierwsi, to taki gruby news! Nie myślą o tym, że oto dali się oszukać kolejnemu zbieraczowi odsłon, a co więcej, naganiają mu teraz wszystkich swoich znajomych. Wiecie, jak reagują moi znajomi na informację, że właśnie udostępnili fake newsa? “Będę sobie udostępniał, co będę chciał” albo “ale to się zgadza z moimi poglądami”.

Wyłudzenia danych

Następny problem stanowi zjawisko określane jako łańcuszek internetowy. Treści, których celem jest przekazywanie wirusów lub gromadzenie danych kolejnych odbiorców. Udostępniane bez jakiejkolwiek refleksji – czy ktoś, kto wziął w tym roku w łancuszku “Bijemy rekord w ilości przesyłanych serduszek” choć chwilę pomyślał, czy może to mieć jakikolwiek realny wpływ? A nie lepiej po prostu wejść na stronę WOŚP i wysłać przelew?

Gdy powstawały media społecznościowe, byliśmy pełni utopijnych nadziei, jak to zawsze, gdy powstawały jakiekolwiek inne media. Takie same nadzieje na budowę nowego, lepszego świata, wyrażali twórcy telefonu, radia czy telewizji. Ale potem i tak media zostawały przejęte i skonsolidowane wielkie korporacje, które narzucały swoje reguły gry, niekoniecznie dobre dla końcowych użytkowników. Pisze o tym Tim Wu w książkach “The Master Switch” i “The Attention Merchants”.

Może więc nadszedł czas na odwrót?

 


Partnerzy