Prezentacja konferencyjna – „Wystarczą tylko trzy spotkania”

Zasugerowano mi, że jestem kiepskim prelegentem, ale wszystko da się załatwić za pomocą zaledwie kilku konsultacji.

Trzy tygodnie temu uczestniczyłam w konferencji Marketing Day. Tak na marginesie, byłam pod wrażeniem tego, jak z warsztatu udało się w ciągu trzech lat zorganizować duże wydarzenie dla branży marketingu (nie licząc InfoShare i Blog Forum Gdańsk oraz imprez z cyklu See Bloggers). Moja prezentacja dotyczyła grup docelowych w internecie. Nie jest to typowa prezentacja konferencyjna, która zawiera same obrazki, ale prezentacja z tekstem, aby można ją było później dalej wykorzystywać. Po wystąpieniu podeszło do mnie kilka osób, z jedną z nich zresztą zagadałam się dłużej (ale o tym będzie jeszcze w jednej z następnych notek).

W trakcie tej rozmowy podeszła do nas jakaś kobieta, zmierzyła mnie wzrokiem i powiedziała: “Musisz jeszcze dużo popracować nad swoimi wystąpieniami”. Po czym wręczyła mi swoją wizytówkę (uczyła wystąpień publicznych) i ze słowami: “Wystarczą tylko dwa-trzy spotkania ze mną” i oddaliła się. Mój rozmówca patrzył na mnie ze zdziwieniem, ja byłam jeszcze bardziej skołowana. Wiecie, jak się jest prelegentem, to siebie ocenia się najbardziej krytycznie: znowu mówiłam nie to, o czym chciałam powiedzieć, a może w prezentacji powinny być same obrazki, a może za mały kontakt miałam z publicznością i ich za słabo angażowałam, itd. Wszystkie te wątpliwości nagle do mnie wróciły. Co więcej, poczułam się fatalnie.

Wtedy przypomniała mi się bardzo odległa w czasie sytuacja. Znajoma miała wieczór panieński, nasza koleżanka, która ten wieczór organizowała, postanowiła jakoś urozmaicić ten czas i zaprosiła wróżkę. Pamiętam, że nie dowiedziałam się od tej pani niczego, czego bym już o swoim życiu sama nie wiedziała. Ale gdy już po imprezie porównałyśmy nasze opowieści, okazało się, że zostałam przez panią potraktowana wyjątkowo łagodnie. Koleżanka, która właśnie zakończyła niefajny związek, usłyszała, że popełniła największy błąd swojego życia i że ma do niego wracać. Dziewczyna, która wychodziła za mąż dwa tygodnie po znajomej, usłyszała, że ślub się nie odbędzie. Obie były zdezorientowane i przestraszone. Miały pokusę, aby iść do tej wróżki i dowiedzieć się więcej. Ale po dłuższym rozważaniu tej sytuacji, doszłyśmy do wniosku, że o to właśnie wróżce chodziło. Uderzyć w słaby punkt. Tak zakręcić potencjalną klientką, że sama przyjdzie po dalsze “rewelacje”. Tak sobie myślę, że wróżka wybrała też lepiej sytuowane osoby, sugerując się ich ubiorem..

Sytuacja z panią uczącą wystąpień, miała dokładnie te same cechy. Pani doskonale wiedziała, jak czuje się prelegent chwilę po zejściu ze sceny. Zaapelowała właśnie do tych emocji. A potem szybko podała rozwiązanie na wszystkie moje prelegenckie problemy i oddaliła się. Zapewne liczyła, że przestraszyła mnie na tyle skutecznie, a zarazem zaintrygowała, że się do niej odezwę.

Gdy emocje opadły, włączyło się racjonalne myślenie. Tak, mogłabym znaleźć w swoich wystąpieniach masę rzeczy do poprawienia. Ale czy na nauczenie się czegoś naprawdę wystarczą zaledwie dwa-trzy spotkania? Temu przeczy całe moje doświadczenie z rozwijaniem nowych umiejętności: gdzieś po trzech latach przy robieniu danej rzeczy regularnie, raz-dwa razy w tygodniu, przychodzi moment, że mogę powiedzieć o sobie, że cokolwiek umiem. Przy założeniu, że mam do tej dziedziny predyspozycje, tak jak z twórczością wizualną czy ze śpiewem. Z tańcem nigdy mi nie wyszło – mam poczucie rytmu, ale mam problem z wyobrażeniem sobie rotacji własnego ciała w przestrzeni. Przełożenie jakiejkolwiek figury, zwłaszcza wykonywanej w parze, na mój własny ruch, jest przysłowiową masakrą: plączą mi się nogi i nie wiem, w którą stronę mam się obrócić.

Dwa-trzy pierwsze lata uczenia się czegoś to dla mnie głównie stres: z powodu własnej niekompetencji, niepokoju spowodowanego rozdźwiękiem między tym co chcę osiągnąć, a tym, co mi wychodzi. Po tym czasie, gdy zacisnę zęby i przetrwam, pojawiają się pierwsze “nagrody” – pochwały i zachwyt innych, uczucie, że “zaczyna mi wychodzić”. A i tak to dopiero początek. Ale aby dojść do poziomu kogoś wprawnego i kompetentnego, potrzeba – jak oszacowali psychologowie kognitywni i cytujący ich Malcolm Gladwell, 10 tysięcy godzin przeznaczonych na wykonywanie tej czynności. No i trzeba mieć wcześniej predyspozycje. Wielkie talenty nie rodzą się od razu, one są stopniowo wykuwane. Jeśli poczytacie o Steve Jobsie, jego pierwsze wystąpienia publiczne były fatalne. Stopniowo przeobraził się w lidera firmy, na którego prezentacje produktowe z zapartym tchem czekał cały świat. Sama występuję publicznie od 2007 roku, ale jest to raptem kilka wystąpień rocznie. Siłą rzeczy czas potrzebny do osiągnięcia prelegenckiej wprawy będzie w moim przypadku dłuższy. Do tego raczej staram się pracować nad pojedynczymi rzeczami. Jak wiecie, największym wyzwaniem był dla mnie głos i tutaj, w miarę, jak uczę się śpiewać, samo mówienie też staje się łatwiejsze. Gdy to opanuję, pewnie zabiorę się za kolejną umiejętność związaną z wystąpieniami publicznymi.

Dlatego nie skorzystam z propozycji. Po pierwsze – nie cierpię być manipulowana, a to była czysta manipulacja. Po drugie – trzy spotkania to za mało, abym nagle stała się świetnym, charyzmatycznym mówcą wygłaszającym bez problemu jakąkolwiek prezentację konferencyjną.


Partnerzy