Pies Kuba – garść refleksji

Kuba zdrowieje we wrocławskiej klinice, chociaż lekarze na razie wypowiadają się ostrożnie.

Fundacja Mrunio, opiekująca się psem, założyła bloga: tutaj znajdziecie bieżące informacje o stanie zdrowia Kuby, natomiast ja zapraszam do wydarzenia na Facebooku, które osobiście założyłam – można się cały czas dopisywać jako uczestnicy, informować znajomych, dzielić się informacjami, swoimi własnymi opiniami czy emocjami. Bo Kuba będzie jeszcze długo potrzebował naszej pomocy.

W każdym razie, sprawa Kuby budzi wiele kontrowersji w sieci:

  • Pojawiają się pytania, czy tak duże cierpienie psa nie jest powodem, aby go uśpić. Taka praktyka jest powszechnie stosowana, jeśli przypadek danego zwierzęcia jest beznadziejny. Wiem, jeden z moich psów został uśpiony po zachorowaniu na padaczkę – lekarze powiedzieli, że grożą mu coraz częstsze napady padaczkowe, a także to, że przestanie nas poznawać i zrobi się wobec nas agresywny. W przypadku Kuby weterynarze zdecydowali, że jednak trzeba próbować – i ja akurat ufam ich zdaniu. Koleżanka stwierdziła, że jesteśmy mu też winni pomoc, za to, co zrobił mu przedstawiciel naszego gatunku.
  • Pojawiają się też wątpliwości, czy fundacja Mrunio nie próbuje czasem zarobić, nagłaśniając sprawę Kuby. Wyraził je niepodpisany ktoś na moim drugim blogu. Co ciekawsze, ten wątek pojawia się zawsze, nawet przy idealnie przejrzystym finansowo Jerzym Owsiaku, który co roku publikuje na łamach prasy szczegółowe rozliczenie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Owszem, jeśli fundacji zostanie nadwyżka pieniędzy, będzie mogła przeznaczyć je na pomoc innym zwierzętom czy inne cele statutowe. Owszem, aby fundacja sprawnie działała, musi zatrudniać ludzi. Myśmy ze znajomymi parę lat temu się o tym boleśnie przekonali. Pracy w naszym stowarzyszeniu nie dało się łączyć z etatem w firmie. Ponieważ wszyscy traktowaliśmy to jako wolontariat po godzinach, wielu rzeczy nie dawało się zrobić szybko i sprawnie, jak też podjąć wielu decyzji; nie mówiąc już o bieżącym aktualizowaniu bazy członków i sympatyków co było przecież kluczowe dla naszego działania. Rzecz jasna, nikt z nas nie mógł sobie pozwolić na rzucenie pracy i zajęcie się tylko i wyłącznie stowarzyszeniem…  Tym bardziej więc nie powinniśmy się na ten temat wypowiadać. A jeśli to robimy, źle świadczy to o nas samych. Jeśli nie umiemy zaufać innym, jak chcemy żyć w społeczeństwie? Zaufanie jest podstawą wszelkich relacji (o czym dobrze wie początkujący PR-owiec, który jeszcze nie jest znany dziennikarzom i na początku często spotyka się z odmową).
  • Niepokojący jest wysoki poziom agresji w sieci, jaki da się zauważyć przy tego rodzaju informacjach. Pojawia się bardzo dużo wpisów, co ludzie by zrobili podpalaczom. Rozumiem, że są one dyktowane złością i bezradnością. Ale jak pokazała sprawa kota dręczonego przez dzieciaki z Krakowa, wzajemne nakręcanie emocji może przybrać niedobry obrót – w sieci krążył adres, pod którym mieszkały te dzieciaki i policja realnie obawiała się zbiorowego linczu. Jest dużo osób nie radzących sobie ze swoją złością i innymi, podobnymi uczuciami i gotowych je wyładować na tym, kto pierwszy się nawinie.
  • Sprawa Kuby wyzwoliła w sieci też mnóstwo dobra. Nie sieciowy slaktywizm, który polega na pozorowaniu działań dla swojego dobrego samopoczucia (np. klikanie w „lubię to”, bo za jednego fana komuś zostanie przez właściciela strony udzielona konkretna pomoc). Obserwuję to, co dzieje się na wrocławskich portalach i grupach facebookowych dotyczących pomocy Kubie – ludzie szukają materaca przeciwodleżynowego, kontaktują się z mediami, aby nagłośnić sprawę i zapewnić fundacji stały dopływ środków na leczenie psa, namawiają znajomych na udział w akcji, piszą pisma i petycje i rozsyłają je dalej. To samo działo się w przypadku akcji karmienia psów zorganizowanej przez Szerloka. Wydawałoby się, że chodzi o klikanie w linki. Jednak, kiedy redakcja Marketingu w Praktyce zaproponowała mi stworzenie case study (zobaczyli wpis o Szerloku tutaj na blogu) i kiedy poprosiłam pana Przemka Klemczaka z Szerloka o dokładne dane, sama byłam zaskoczona. 17 adopotowanych psów, dary finansowe i rzeczowe dla schronisk objętych programem – i to wysłane dodatkowo przez ludzi, którzy dowiedzieli się z sieci o Szerloku.
  • Tematem dyskusji w branży socialmediowej było drastyczne zdjęcia psa. Niektóre osoby były nim wręcz zirytowane. Przyznam, że zmieniłam je w wydarzeniu, które utworzyłam, na widok ze Szczelińca (czyli okolice dobrze Kubie znane) – ale nie ze względu na ich irytację, tylko ze względu na regulamin Facebooka. Ktoś mógłby się przyczepić o zbyt drastyczne zdjęcie i Facebook skasowałby to bez ostrzeżeń. Jednak to właśnie zdjęcie – a raczej zdjęcia – spełniły swoją rolę. Spowodowały, że internauci bardzo boleśnie uświadomili sobie, przez co pies musiał przejść – i wywołało to tak silne emocje, że pojawiła się chęć do działania.
  • Pojawiły się też pytania o skuteczność takiej akcji. Czy jeśli wyślę wszystkim moim znajomym link, to czy to jest skuteczne? Powiem tak: nie wiem. Nie kalkulowałam tej akcji ani nie planowałam, jak można to zrobić i trzeba to zrobić w biznesie. To był odruch serca. Nie wiem, którzy z moich dalszych znajomych są kociarzami lub psiarzami, a którzy nie. Chodziło raczej o szybkie upowszechnienie informacji – jeden powie drugiemu, drugi powie trzeciemu i czwartemu… A jeśli znajdzie się przy tym parę zirytowanych osób, które za chęć pomocy nieszczęsnemu psu wyrzuci mnie z kontaktów lub usunie mojego feeda ze swojej tablicy… to świadczy tylko o ich podejściu do relacji ze mną. Osoba, której na mnie zależy, tak nie zrobi.
  • Dyskutowaliśmy branżowo o tym, jakie akcje w ogóle mogą zmienić nastawienie ludzi. Czy te małe, na zasadach pospolitego ruszenia, czy zorganizowana kampania w rodzaju WOŚP. Koledzy byli zdania, że trwałą zmianę w świadomości Polaków może raczej zapewnić to drugie. Ja się nie zgadzałam. Uważam, że drobne akcje typu: pomoc konkretnemu dziecku, pomoc konkretnemu psu jak najbardziej mają sens. Od szczegółu do ogółu, zaangażowanie w konkretną sprawę może nas uwrażliwić na konkretne problemy (a równocześnie sprawić, że jeśli pojawi się wielka zorganizowana kampania, to ona trafi na podatny grunt). Ale też od ogółu do szczegółu – dla wielu przeciętnych ludzi wzorem są osoby znane z telewizji (co widać było na przykładzie Dody nawołującej do rejestrowania się w bazie dawców szpiku), więc duże ogólne kampanie też mają swój sens.
  • Poza tym myślę, że Kuba ma dla każdej z osób zaangażowanych w jego sprawę jakieś znaczenie psychologiczne. Bo czemuś mu pomagamy. Może dlatego, że czujemy, że jesteśmy mu coś winni. Może dlatego, że ma wolę walki i upór. Może dlatego, że identyfikujemy się z jego bólem i cierpieniem. A może też dlatego, że nie akceptujemy bezradności, słabości, zależności i kruchości w samych sobie. Nie ufamy innym ludziom. Bo tak naprawdę Kuba – poza tym, że to konkretne zwierzę – dla każdego znaczy coś innego. To, co każdy z nas ma już w sobie.

Zdjęcie pochodzi z serwisu sxc.hu

W kolejce są już inne zwierzęta potrzebujące pomocy – chociażby psy i koty z Drogoradza, których sytuację w komentarzach do poprzedniej notki opisała pani Agnieszka. Tutaj na razie zwierzęta muszą przejść badania zdrowotne, aby można było podejmować dalsze kroki.


Partnerzy