Marketing nie ma granic?

tak twierdzi autor najnowszego kontrowersyjnego pomysłu na działania reklamowe. 

Początek roku obfituje w marketingowe skandale: najpierw mieliśmy przypadek kampanii reklamowej z postacią Lenina, a teraz lokal pod imieniem znanego pedofila.

© burak çakmak – Fotolia.com

Zaczęło się od kampanii PTC „Dawajcie! Nawijajcie!” z Włodzimierzem Leninem w roli głównej, która była prowadzona we wszystkich typach mediów – radiu, telewizji, prasie i internecie (poniżej spot). W sieci pojawiły się liczne głosy oburzenia, ponad 1,5 tysiąca protestów spłynęło też do Rady Reklamy, kampanię komentowali też politycy czy prezes IPN. Pod presją opinii publicznej reklamodawca zdecydował się wycofać kampanię. Plakaty nadal jednak wiszą, co możecie sprawdzić chociażby w warszawskim metrze.

Nie minął jednak tydzień, gdy pojawił nam się nowy bohater kontrowersyjnych działań marketingowych – właściciel warszawskiego pubu, który nadał swojemu lokalowi imię i twarz pewnego austriackiego pedofila. W poniedziałek powstała strona lokalu na Facebooku, najpierw zainteresowali się nią internauci, w tym blogerzy, którzy głośno wyrażali swoją dezaprobatę (na przykład Jacek Kotarbiński), we wtorek zainteresowały się nią najważniejsze media w Polsce, a także media zagraniczne – także austriackie, irlandzkie oraz Reuters. A także stołeczny ratusz, właściciel lokalu. Ponieważ przedsiębiorca nie okazał skruchy, a jeszcze stwierdził, że marketing nie ma granic, urzędnicy mu podziękowali. Pan mimo to zamierza dochodzić swoich racji w sądzie. I tak wyglądają z grubsza te dwie sprawy. Rzecz jasna, pojawiają się krytyczne komentarze na temat obu pomysłów. Uczynienie Lenina bohaterem oficjalnej kampanii spotkało się z dużą dezaprobatą, tym większa była ona w przypadku pedofila jako „twarzy” pubu.

Co innego filmik „Adolf i faktura z Orange”. Przypuszczam, że mógł zostać zrobiony przez agencję obsługującą Play, bo internauci rzadko kiedy sami z siebie chcieliby tak parodiować marki. Świetnie wpisuje się w cały cykl memów filmowych powstałych na bazie „Upadku” i tworzonych przez samych internautów. Mówi do interautów w konwencji, którą przyjęli, ich językiem, a do tego w humorystyczny sposób opisuje problemy znane każdemu użytkownikowi telefonii komórkowej. Postać wodza III Rzeszy wykorzystana w taki sposób nie razi. Zobaczcie sami.

W przypadku i Lenina, i pedofila, czuję jednak, że została przekroczona ta cienka czerwona linia. W pierwszym – traum historycznych, w drugim – granicy zła. Stąd protesty. Przy ich okazji pojawiła się też odwieczna, wyrażana w takich sytuacjach, wątpliwość. Czy warto zwracać uwagę na kontrowersyjne kampanie, aby powstawał wokół nich jeszcze większy szum, a tym samym spełniało się zamierzenie wywołania właśnie takiego szumu przez zleceniodawców kampanii?

Czy kontrowersyjne działania są skuteczne? Czy skandal przekłada się na sprzedaż? Udaje się takiej konwersji dokonywać niektórym gwiazdom popu, chociażby Madonnie czy jej młodszej koleżance po fachu Lady Gadze. W Polsce mamy ich kopię w postaci Dody. Udaje się niektórym politykom – Janusz Palikot na kontrowersjach wokół swojej osoby był w stanie przekroczyć próg wyborczy. Słabiej wychodzi to już Januszowi Korwin-Mikke, który, choć świetnie skupia na sobie zainteresowanie internautów (zwłaszcza tych młodszych) jako głosiciel niepopularnych tez, nie potrafi swojej ogromnej społeczności przekuć na sukces w wyborach. Więc jak to właściwie z tą kontrowersją w marketingu jest?


Partnerzy