Kampania społeczna, czy raczej zbyteczna?

Czy kampania społeczna może odnieść zamierzony efekt, jeśli promocja sobie, a rzeczywistość sobie?

Do napisania tego tekstu  zainspirowała mnie kampania społeczna „Stop zwolnieniom z WF!”, która ruszyła miesiąc temu. Jej celem jest zachęcenie gimnazjalistek, aby brały udział w WF. Idea szczytna, celebryci zaangażowani – w tej edycji Anna Lewandowska, w poprzedniej Marcin Gortat. Założony cel to zwiększenie liczby uczniów aktywnie uczestniczących w lekcjach wychowania fizycznego. Zeszłoroczna edycja była skierowana do rodziców. Obejrzałam i filmy, i przeczytałam tekst z podsumowaniem wyników badań, które były punktem wyjściowym kampanii – i mam sporo wątpliwości. Nie wiem, czy bym się przekonała.

Cofnę się teraz nieco w czasie, do momentu, gdy sama miałam 13-16 lat. Przede wszystkim – nie wyniosłam z domu nawyku aktywności fizycznej, żadne z moich rodziców nie uprawiało jakiegoś sportu, a prace domowe i ogródkowe dawały im wymaganą dawkę ruchu. W rodzinie tradycji sportowych też nie było. Sama pod wpływem wzorców płynących z mediów kobiecych zaczęłam ćwiczyć callanetics i chodzić na długie spacery. Efekty były -chociaż nie byłam klasową gwiazdą, jeśli chodzi o WF, zabiłam wszystkich i nauczyciela, gdy okazało się, że poza Gośką, klasowym człowiekiem-gumą, jako jedyna potrafię zrobić szpagat. Przez parę miesięcy uprawiałam też biegi, do czego zmotywowała mnie koleżanka mieszkająca na tym samym osiedlu – biegałyśmy wspólnie przez wioskę. WF w szkole podstawowej był fajny, bo nie trzeba było robić nic na ocenę, graliśmy w gry zespołowe, chodziliśmy na spacery po okolicy (nasz wuefista rozumiał, że młodsza młodzież musi się gdzieś wyszaleć). Kojarzył się z zabawą, z aktywnością. Mieliśmy też szczęście do fajnych, rozumiejących nas nauczycieli.

fitness

Źródło: www.freeimages.com

Potem nie było już tak fajnie. Trafiłam do liceum w mieście. A tutaj ciasna szatnia, w której przebieranie się było dla mnie wyjątkowo niekomfortowe (jak ktoś jest niedotykalski, to zrozumie) a do tego jeszcze nieładnie pachniało (zwłaszcza po lekcji). Nie było gdzie się umyć. Dużo ćwiczeń, które trzeba było zaliczać na ocenę (stres podwójny: nie dość, że na ocenę, to się bałam, zwłaszcza drążka). Gry zespołowe, zazwyczaj siatkówka i koszykówka, w których mój niski wzrost raczej nie ułatwiał mi udzielania się na boisku (raczej uciekałam aby nie wpaść pod rozpędzoną większą koleżankę lub nie zostać zmombardowaną przez piłkę). Jedyne, gdzie mogłam zabłysnąć, to były ćwiczenia na rozciąganie – efekty ćwiczenia callanetics utrzymywały się bardzo długo. Ale momentów, w których nie błyszczałam, było zdecydowanie więcej. Czułam się jak ostatnia łamaga. Szybko znalazłam sposób, jak sobie z tym poradzić – ponieważ jestem atopowcem i z moją skórą ciągle coś się wówczas działo (a stres w szkole to potęgował), zwalniałam się z lekcji, aby iść do dermatologa. Kiedy zrobili nam WF na 9. lekcji, musiałam się zwalniać – autobus jadący na moją wieś odjeżdżał w trakcie 7. lekcji, a potem trzeba było już kwitnąć w Olsztynie od 18 do 21. Skutki mojego niechodzenia na WF były opłakane, bo nasza bardzo dokładna wuefistka kazała mi potem seryjnie zaliczać wszystkie te koszmarne ćwiczenia i z litości postawiła mi trzy, widząc, że jednak się staram coś zrobić.

Czy gdybym zobaczyła wówczas te filmiki, czy by to mnie przekonało? Nie. Nigdy nie umiałam zrobić gwiazdy, więc pierwszy filmik jest dla mnie wyjątkowo abstrakcyjny.


Stania na rękach też, mimo licznych wysiłków, nigdy nie wykonałam.

W filmach pojawia się też Anna Lewandowska – sportsmenka, czyli ktoś o bardzo zaawansowanych umiejętnościach. Jeśli klasowa łamaga jak ja, porówna się z profesjonalistą, to jeszcze bardziej ją to zdemotywuje niż porównanie się z bardziej wysportowanymi koleżankami. Na mnie w tym wieku bardziej działało to, że będę szczupła i zgrabna i dlatego z takim uporem potrafiłam wałkować callanetics. Wydaje mi się, gdyby bohaterką filmików była właśnie klasowa łamaga, która odkryła dla siebie jakiś jeden rodzaj sportu i nabrała przez to pewności siebie, także na lekcjach WF, wówczas może by to było bardziej przekonujące.

Ale kampania promocyjna to nie wszystko. Mnie w czasach liceum przekonałaby większa szatnia, w której mogłabym się przebrać nie potrącając nikogo i umyć po zajęciach. Przekonałoby mnie to, gdyby nie było ocen, a były same zaliczenia, za obecności. Przekonałby mnie program, w którym miałabym rzeczy, które powinno się umieć, jak podstawy tańca. Przekonałoby mnie pokazanie różnorodnych typów aktywności fizycznej, gdzie mogłabym znaleźć coś dla siebie, ale również zajęcia na temat zdrowej diety, zdrowego trybu życia, itp. Nie wiem, jak jest teraz na WF, ale sądząc po tym cytacie:

W badaniach uczniowie wskazywali, że ich zdaniem nauczycielom się zwyczajnie nie chce. Zajęcia są nudne, monotonne, mało kreatywne, a nauczyciele mają tylko wymagania, nie są wystarczającymi autorytetami w zakresie aktywności fizycznej. Powielają stereotypowe zajęcia, a uczniowie chcieliby uprawiać sporty takie, jakie lubią aerobik, fitness czy zumbę. Problemem jest także stres związany z oceną i porównywaniem do innych, często tych znacznie bardziej wysportowanych, uczniów. Liczy się konkretny wynik, nie zaś progres osiągnięty przez ucznia w trakcie nauki.

to raczej niewiele się od czasów mojego liceum zmieniło. Kolejna rzecz, którą zauważyła moja przyjaciółka – państwo inwestuje w „orliki”, a przecież w piłkę nożną grają chłopcy. Czy nie powinno powstać więcej obiektów, w których aktywność fizyczną realizowałyby też dziewczynki?

I to właśnie chcę powiedzieć. W przypadku kampanii społecznej jest dokładnie tak samo, jak w przypadku kampanii promocyjnej realizowanej przez firmę. Kampania społeczna, która nie działa tak jak dobra kampania biznesowa – to znaczy nie wiąże się ze zmianami w biznesie organizacji (w tym wypadku: w  infrastrukturze szkół, programie WF i zasadach uzyskiwania zaliczenia), raczej nie odniesie zamierzonego efektu. I nawet Anna Lewandowska na to nie pomoże.