Rozprawa doktorska ostatecznie złożona. Jakie to zadowolenie, móc zamknąć kolejny etap w życiu. Siedem lat…

Zaczęło się w 2002 r., kiedy to pracowałam w mojej pierwszej firmie, agencji PR, i patrząc na to, jak raportowaliśmy klientom o wynikach naszej pracy, zaczęłam sobie zadawać pytanie, czy na pewno analiza treści jest tutaj jedyną możliwą do zastosowania metodą? Czy nikt nigdy nie wpadł na pomysł, żeby efekty działań PR mierzyć jeszcze jakoś inaczej? Obudziła się ciekawość, zaszczepiona jeszcze na zajęciach z ulubionego przedmiotu – metodologii nauk społecznych (prof. Ireneusz Krzemiński) i metod i technik badań społecznych (dr Jarosław Załęcki).
Zaczęłam szukać informacji na temat mierzenia efektów działań public relations. W amerykańskim internecie było ich całkiem sporo, przede wszystkim na stronach Institute for Public Relations, w polskich książkach i czasopismach – pojedyncze rozdziały czy artykuły. Zrobiłam pierwszy mini-sondaż, razem z portalem piar.pl. To był już jakiś trop. Wiedziałam, że mam temat do dalszej pracy naukowej. Gdy egzaminy na studia doktoranckie dwóch warszawskich uczelni zakończyły się niepowodzeniem i gotowa już byłam zrezygnować, koleżanka z pracy (Iwona Kubicz – jeszcze raz wielkie dzięki) poradziła mi zgłosić się do prof. Jerzego Olędzkiego z dziennikarstwa UW. Profesor przyjął, wysłuchał, zaczęliśmy współpracę. Z mojej strony było to tworzenie listy lektur, godziny spędzone w internecie, w bibliotekach, podpytywanie osób z dłuższym od mojego stażem branżowym, prace nad tematem mojej pracy i koncepcją badawczą – a potem kolejne spotkania i dyskusje z Profesorem.
W 2004 r. zaczęłam uczęszczać na seminarium doktorskie u Profesora w Zakładzie Komunikacji Społecznej Instytutu Dziennikarstwa. W tym czasie, w kolejnej firmie, poznawałam założenia przyświecające tworzeniu strategii public relations i tworzyłam tym strategii całe mnóstwo (jestem wdzięczna mojej ówczesnej szefowej, Annie Czaplickiej, za powierzenie mi tego zadania, bo jak się okazało później, bez strategii w ogóle nie można mówić o mierzeniu efektów działań PR). W 2005 r. złożyłam dokumenty na zaoczne studium doktoranckie Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UW – i tym razem zostałam przyjęta. Trzy lata studiów, egzaminy, godziny przegadane z koleżankami i kolegami z roku przy piwie w Browarmii i innych okolicznych knajpach – zwłaszcza prof. A. Miś i jego zajęcia z filozofii pobudzały do stawiania kolejnych pytań i ostrych debat. W 2006 r. otwarcie przewodu doktorskiego, ostateczny tytuł mojej rozprawy został ustalony na „Metody pomiaru i oceny rezultatów działań public relations stosowane w Polsce”.
W międzyczasie poszukiwania literatury po bibliotekach, praca nad kolejnymi rozdziałami, dwukrotnie odrzucony przez ministerstwo wniosek o grant na książki z zagranicy (najbardziej rozbawiło mnie pytanie recenzenta grantu do załączonej wyceny: „dlaczego ta literatura jest taka droga?”). Z pomocą przyszła moja siostra, Aleksandra Makojnik, która sprezentowała mi kluczową książkę J. E. Gruniga i T. Hunta. Poszukując w sieci reszty książek odkryła, że ich bardzo duże fragmenty są dostępne przez Google Books. W tym czasie intensywnie zaczęła się też rozwijać branżowa blogosfera amerykańska i inne social media (co pozwoliło mi na bieżąco śledzić debatę branżową toczącą się w Stanach). Prace nad moim doktoratem wyraźnie nabrały tempa. Uczestnictwo w wydarzeniach organizowanych przez AMEC również były ogromnym impulsem – poznałam ludzi, których nazwiska były mi doskonale znane z bibliografii i przypisów, ale też spotkałam się z ich strony z ogromną życzliwością, gdy opowiadałam im o tym co robię (na przykład Tom Watson udostępnił mi spis literatury, z której korzystał pisząc „Evaluating public relations”).
Dwa ostatnie lata, to oddawanie i szlifowanie kolejnych rozdziałów, przeprowadzenie badania, ostateczne poprawki nad pracą. Tutaj wielkie dzięki dla Michała Kosmulskiego, który wnikliwie przeczytał całość i podzielił się ze mną swoimi uwagami i sugestiami – a niekiedy przez żartobliwe komentarze zachęcał do większego dystansu do własnego dzieła 😉 Jak również dla mojej Mamy i Taty (szkoda, Tato, że nie doczekałeś) oraz wszystkich przyjaciół i znajomych, którzy częstymi pytaniami o doktorat skłaniali do dalszych wysiłków. Że o samym Profesorze (który, jak trzeba było, też przypilnował i zmotywował), już nie wspomnę… To było siedem naprawdę ważnych lat i dużo się w ciągu nich nauczyłam. Jeszcze raz dziękuję.
A teraz pozostaje czekać na obronę.
