Wartość reklamy w social media

czyli nie ma takiej patologii PR, której nie można by było zastosować w social media.
Uważam, że zdrowa konkurencja jest w branży potrzebna, bo przyczynia się do rozwoju wszystkich rywalizujących ze sobą firm. Każda z firm działających na polu monitoringu mediów edukuje rynek, poszerza świadomość określonej potrzeby. Wszystkie inne firmy też na tym korzystają. Wszystkim koleżankom i kolegom z pokrewnych firm powtarzam zawsze, że nie bez powodu banki chętnie wynajmują lokale obok innych banków – pojedynczy oddział banku nie miałby tak dużego ruchu, jak ma wtedy, kiedy sąsiaduje z innymi bankami. Staram się nie opiniować publicznie pracy konkretnych firm z rynku – skoro pracuję w jednej z nich, zawsze mogę mieć interes w tym, żeby móc przedstawić konkurencję w złym świetle.

© Mariusz Prusaczyk – Fotolia.com

Reaguję jednak wtedy, gdy widzę niepokojące tendencje. Szlag trafia mnie zazwyczaj wtedy, kiedy widzę stosowanie wziętych z palca miar, które nie mają nic wspólnego z rzetelnymi badaniami i z rzetelną komunikacją w social media. Niezależnie od tego, kto to ma w ofercie – nie chodzi mi o pokazywanie przykładów konkretnych firm. Nie o to mi chodzi. Wkurzam się, kiedy poważne instytucje, na przykład wydziały promocji miast (Gdańsk, Poznań – za drugi przykład dziękuję czujnemu Czytelnikowi) chwalą się w mediach branżowych tym, że ich działania promocyjne były skuteczne, bo ekwiwalent wyniósł tyle i tyle. Świadczy to o kompletnym niezrozumieniu tego, czy jest PR i czym jest komunikacja w social media.  To nie jest reklama, drodzy państwo i nie można jej z reklamą porównywać. Świadczy też o braku strategii. Jeśli mamy strategię z mierzalnymi celami, wiemy, jak dobrać mierniki, aby pokazały nam realizację naszych celów – nie musimy szacować z palca, że gdybyśmy kupili reklamy o podobnym zasięgu, to zapłacilibyśmy tyle i tyle. Tylko, że tutaj trzeba się napracować. Pomyśleć. A to chyba bardzo boli.

Byłam naiwna, sądząc, że ekwiwalent reklamowy to domena firm z długoletnią tradycją. Tymczasem nie ma takiej patologii PR, której nie dało by się skopiować dla social media, włącznie z ekwiwalentem reklamowym. Może on przybierać różne nazwy, typu „ekwiwalent social media”, „wartość reklamy w social media”, etc. Bazuje na tym samym pomyśle – szacunku „wartości” działań komunikacyjnych. Często w nazwie będzie mieć takie słowa jak „wartość” i „reklama”. Ale oferuje Wam go firma, która nie specjalizuje się w prowadzeniu kampanii reklamowych i badaniu ich skuteczności. Kiedy coś takiego zobaczycie, niech wyostrzy się Wasza czujność. I pytajcie o to, na jakich badaniach empirycznych – ale uwaga – przeprowadzonych przez zewnętrzne organizacje czy naukowców, opiera się taka miara.

Poważne organizacje branżowe na świecie nawołują do stosowania zweryfikowanych badawczo miar i pracują nad wspólnymi standardami badań w social media – pisałam o tym w poprzedniej notce. Bardzo chcę, abyśmy kiedyś wszyscy się spotkali i ustalili wspólne, rzetelne, oparte na sprawdzonych metodologii naukowej, standardy mierzenia komunikacji, których będziemy przestrzegać. Bo na razie mamy wolną amerykankę. Na której traci zamawiający badanie – święcie przekonany, że zrobił świetny interes i właśnie wspaniale zbadał wartość swojej komunikacji, tak naprawdę zapłacił za kompletnie bezwartościową rzecz.


Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityka Ciasteczek. OK, rozumiem.

Partnerzy