Szkolenia w public relations

… czyli wariacja własna na temat „Obyś cudze dzieci uczył”.

Ostatnio aktualizując bloga uświadomiłam sobie, że mam za sobą już 15 pełnych dni szkoleniowych, czyli 120 godzin. To niedużo. Ale biorąc pod uwagę, że w niektórych programach stawia się taki wymóg trenerom, aby mieli przynajmniej tyle godzin przepracowanych z grupą na sali szkoleniowej. to całkiem sporo. Przyszła zatem pora na krótką refleksję na ten temat.

Zacznę od tego, że wcale nie chciałam uczyć ludzi. Moi rodzice byli nauczycielami w szkole podstawowej, więc ta praca kojarzyła mi się z niskimi pensjami i mnóstwem stresu. Chociaż ciągnęło mnie do literatury, nie poszłam na polonistykę, tylko dlatego, że groziło to praktykami w szkole. Wybrałam socjologię, a potem pracę w branży PR. Jednak przeznaczenie mnie dopadło ;-).  Po publikacji moich tekstów na jednym z portali branżowych zgłosiła się pierwsza osoba, która poprosiła mnie o poprowadzenie szkolenia, a potem były już następne zapytania. I akurat trafiłam wtedy na informacje o bezpłatnej Szkole Trenerów House of Skills. Firmę znałam, brałam udział w jej dwóch szkoleniach i ze wszystkich, w których do tej pory uczestniczyłam, te były najbardziej profesjonalnie przygotowane. Zdecydowałam się zgłosić. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy w sierpniu 2009 r. dowiedziałam się, że zostałam przyjęta! To był dobry i cenny czas. Solidna dawka wiedzy, do tego praca pod okiem fachowców w zgranej grupie ciekawych osobowości.

To, czego tam doświadczyłam, wciąż procentuje. Prowadząc kolejne szkolenia, ciągle się uczę. Od organizatorów, uczestników, innych trenerów, jeśli mam okazję wymieniać z nimi poglądy. Ciekawym doświadczeniem jest samo nabieranie wprawy – po przeprowadzeniu iluś tam szkoleń i prezentacji publicznych mniej koncentruję się na własnym stresie, a bardziej na tym, co dzieje się naokoło. Przekonałam się też, że niezmiernie ważna jest elastyczność. Chociaż na szkoleniu trenerskim uczono nas, aby raczej zmniejszać liczbę materiału i nie podkręcać zbytnio tempa prezentacji (do czego początkujący i zestresowani trenerzy, włącznie ze mną, mają tendencję), na jednym z ostatnich szkoleń okazało się, że grupa oczekuje właśnie tego! Zdarza się też, że praca nad zaplanowanym materiałem idzie wolno, bo dla tej konkretnej grupy jest on zbyt trudny – warto więc nie mieć go też tak dużo, żeby nie stresować się, że coś nie zostanie omówione.

To, co jest absolutnie najważniejsze – tak samo, jak w mierzeniu efektów działań PR czy mierzeniu efektów działań w social media – to analiza wstępna potrzeb szkoleniowych, ale też jasne sformułowanie kryteriów, dla kogo jest dane szkolenie. Bez tego można władować się na niezłą minę. Zdarzyło mi się, że nie sprawdziłam, kim będą uczestnicy mojego szkolenia (na stronie organizatora były kryteria naboru) i założyłam, że będą to osoby z jakimś doświadczeniem bądź chociażby zainteresowaniem PR. Wybrałam dla nich więc trudniejszy program. Tymczasem tacy ludzie, o jakich myślałam, były to zaledwie dwie osoby z grupy, a dla reszty był za trudny. Skutki nietrudno sobie wyobrazić. Podobnie było w przypadku, kiedy oceniłam, że grupa jest mniej zaawansowana, niż było w rzeczywistości. W ankietach i podczas rozmowy wstępnej to nie wyszło, a wyszło dopiero w trakcie szkolenia. Trzeba było szybko zmieniać program. Ważna jest też uważność, baczne zwracanie uwagi na sygnały płynące z grupy – czasem są one tak bardzo subtelne, że nietrudno je przegapić, tymczasem mają istotne znaczenie dla współpracy. Analiza wstępna potrzeb szkoleniowych, precyzyjne kryteria naboru, dobra komunikacja między organizatorem szkolenia a trenerem, to podstawa sukcesu. Tak samo, jak właśnie elastyczność i uważność.

Z zazdrością zerkam na trenerów, którzy szkolą w takich obszarach biznesu, jak komunikacja czy zarządzanie zespołem. Mają mnóstwo wiedzy książkowej, przykładów firm w prasie branżowej, a do gotowe zestawy przetestowanych i sprawdzonych ćwiczeń. W public relations to wszystko trzeba dopiero stworzyć. Nie mamy gotowych zestawów ćwiczeń, wszystko trzeba wymyślać samodzielnie i testować „w praniu”. Nawet w Stanach czegoś takiego nie mają. Ciężko też o studia przypadków. Chociaż na portalach branżowych jest ich sporo, nie jest łatwo trafić między nimi na dobrze zmierzoną kampanię działań public relations. Informacji do studiów przypadków szukam więc zagranicą i piszę je sama. Do tego sam temat mierzenia czy badania czegokolwiek w public relations lub social media nie jest tematem tak łatwym do przedstawienia jak udane kampanie reklamowe w sieci czy przepis na skuteczny fanpage.

nyul © Więcej zdjęć na Fotolia.pl

 A do tego branża public relations ma swojego świętego Graala, o którym już wielokrotnie pisałam, ale jeszcze raz przypomnę. Święty Graal jak wiadomo, istnieje w legendzie, wszyscy go szukają, ale nikt nigdy nie znalazł. PR go sobie też stworzyło. Jest to wiara, że istnieje jedno, uniwersalne narzędzie do mierzenia wszystkich kampanii public relations, jeden uniwersalny wskaźnik, który wszystko zmierzy. I co ciekawsze, taka wiara pokutuje przede wszystkim wśród doświadczonych specjalistów PR. Może dlatego, że czują, że analiza treści przekazów prasowych nie odpowiada na wszystkie ich pytania, albo mają problem z wytłumaczeniem działowi sprzedaży, jak to, co robią, przekłada się na biznes. Nie wiem. Jeśli nie rozprawię się z tym poglądem na samym początku, mogę być na sto procent pewna, że ściągam sobie poważny kłopot na głowę. Graal prędzej czy później wypłynie. Rzecz w tym, by unieszkodliwić go tak szybko, jak się tylko da.

Mimo tego, jestem przekonana, że warto, aby wiedza specjalistów PR na temat badań się zwiększała. Przykład ze Stanów Zjednoczonych, cytowany przez Toma Watsona w jego znakomitej książce „Evaluating public relations” pokazuje, że z roku na rok poprawia się jakość mierzenia efektów kampanii PR w zgłoszeniach do konkursu IPRA. Coraz więcej PRowców jest też świadomych braku wartości badawczej ekwiwalentu reklamowego, czego dowodzi rozpoczęta niedawno debata międzynarodowa.

Jestem ciekawa Waszych doświadczeń ze szkoleniami – tych, które prowadzicie, i tych, w których bierzecie udział.


  • Nie masz czasem wrażenia, że większość szkoleń marketingowych i public relations powinno w 90% składać się z pobudzania kreatywności i wykraczania poza schematy? Pytam, bo zaobserwowałem, że – choć obecnie się to trochę zmienia – to jednak gro szkoleń opiera się na przekazywaniu wiedzy i praktycznych narzędzi (tylko).

    Mateusz / Konceptika

    • Anna Miotk

      Myślę, że kreatywność to jest taka cecha, która nie da się do końca wyszkolić. Po prostu trzeba ją mieć. Polega na łączeniu elementów, które już istnieją, w nową i zaskakującą całość. I tutaj nie pomoże szkolenie z narzędzi PR czy z czegokolwiek innego. Aby ją pobudzić, trzeba się właśnie oderwać od wąskiego poletka zawodowego i zająć się czymś zupełnie innym – pouprawiać jakieś hobby, pójść na kurs kompletnie niezwiązany z naszą pracą, poczytać, pozwiedzać obce kraje i uważnie poobserwować inne zwyczaje kulturowe. Mieć szeroką wiedzę ogólną, interesować się ludźmi, społeczeństwem, światem. Więc szkolenia z PR i marketingu raczej tutaj nie pomogą.

      Druga sprawa, że w PR kładzie się zbytni nacisk na kreatywność, która jest rozumiana jako oryginalność pomysłu, coś, co narobi szumu we wszystkich mediach i będzie na ustach wszystkich osób, coś, co spowoduje, że kampania będzie super skuteczna. Takie rzeczy się zdarzają, ale rzadko, mam jednak wrażenie, że pod tym względem PR-owcy za bardzo się „spinają’, za bardzo chcą wymyślić taką kampanię i tracą czas na przeciągających się burzach mózgów. Tymczasem skuteczność działań często opiera się na rzetelnym wykonaniu pracy i kontroli wszystkich szczegółów – tak jest z media relations czy z kampaniami edukacyjnymi. Oraz na ciągłym powtarzaniu danego przekazu – postawy odbiorców kampanii zmieniają się bardzo wolno. I jedno duże „bum” w mediach to i tak może być za mało.

  • Zdecydowanie racja 🙂 Ale kurcze, jeśli masz w jednym ręku mega nowoczesny pomysł na kampanię interaktywną dla Klienta, a w drugiej oklepaną i wykorzystywaną już przez wszystkich po milion razy, to zrobisz chyba wszystko, by przekonać go do czegoś nowego 🙂 Tzn. ja tak robię 😉 Problem jest jednak taki, że Klienci – tak agencyjni jak i prywatni – są niechętni w zmienianiu przyzwyczajeń, także doboru narzędzi 😉

    Mateusz / Konceptika

    • Anna Miotk

      Zgadza się, wolę coś nowego od oklepanego pomysłu. Problem z klientami, że wolą te oklepane. I potem mamy nudne bloki reklamowe w TV, gdzie jednej marki nie można odróżnić od drugiej, bo wszystkie prezentują się tak samo…

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityka Ciasteczek. OK, rozumiem.

Partnerzy